*pyry - słowo z gwary poznańskiej, oznacza ziemniak

Przyszedł czas na niemałą wyprawę, coś nowego, samotna pięciogodzinna podróż pociągiem do zupełnie obcego, ale tak bliskiego mojemu sercu miasta. Postanowiłam nie marnować wakacyjnego czasu i wybrałam się na troszkę ponad tydzień do Poznania, mojego rodzinnego miasta. Plan był taki - jadę, zwiedzam tereny i odwiedzam moją rodzinkę. Były chwile zagubień wśród krętych Poznańskich uliczek, ale od czego nie ma się smartfona w kieszeni i jakdojade.pl, bez tego nie wróciłabym chyba do domu babci, u której spałam. Tradycyjnie w południe wpadłam na Stary Rynek podziwiać po raz milionowy już trykające się koziołki, ale ten widok chyba nigdy mi się nie znudzi i cieszy mnie za każdym razem tak samo mocno. Nie odbyłoby się od pobuszowania po Poznańskich lumpeksach, mam kilka fajnych zdobyczy, które z pewnością zobaczycie wkrótce na blogu! Oczywiście, wydałam strasznie dużo pieniędzy na jedzenie, bo niestety nie da się przejść obojętnie obok pokazujących się co kilka metrów klimatycznych kawiarenek, barów i przepysznych lodziarni (tutaj polecam lodziarnie ''Lodzia" znajdującą się na uliczce koło Okrąglaka, tuż obok McDonalda). Spacer Ostrowem Tumskim, deptakiem i po wybrzeżach Malty to klasyk jeśli chodzi o spędzanie czasu. Gdy opuszczałam Poznań nie ukrywam, że było mi smutno, ale wracam tu wkrótce, bo już w październiku!










