Niedziela wieczór, coś po godzinie 19. Cała rodzina siedzi w salonie, każdy w swoim świecie, przyznam, większość pochłania elektronika. Nudny dzień, nic szczególnego. Siedzę na kanapie i myślę, że muszę się pouczyć, ale oczywiście, odkładam to na potem, aż do pewnego momentu, gdy w mojej głowie pojawia się myśl : ''A może rowery?''. Szybko moim pomysłem podzieliłam się z mamą, która właśnie wczytywała się w kolejną kartkę ulubionej książki, zgodziła się, pomimo, że było już naprawdę późno. Nie pozostało nic innego, jak ubrać się w wygodne legginsy, starą bluzę, narzucić plecak i pójść do piwnicy wyciągnąć zakurzone od jesieni rowery, a przecież od dawna jest już ciepło. Wycieczka sam na sam z mamą wydała się być świetnym pomysłem na spędzenie wspólnie czasu, jakiś cel? Skądże, jedziemy przed siebie! Po wyjechaniu z zatłoczonego miasta, jadąc polną drogą widać było tylko pojedyncze domki i pasące się na łące krowy, czasem taki widok naprawdę uspokaja. Po kilku pokonanych kilometrach przepiękny zachód słońca aż kazał nam się zatrzymać i wręcz wymusił na nas zrobienie mu małej sesyjki. Sprawdzając szybko pokonaną trasę, wyszło nie kilka, a kilkanaście kilometrów, co wydawało się takie, dziwne, bo przecież dopiero zaczęła się nasza wycieczka.
Po powrocie, coś po 21, z obolałymi nogami padłam na łóżko i miałam ochotę już z niego nie wstawać. Teraz już jestem pewna, że takie wycieczki będę robić częściej, jestem już umówiona!
Dzisiaj trochę inny typ posta, chyba jeszcze takiego na blogu nie było, jednak coś mnie natchnęło, aby taki właśnie napisać. Nie martwcie się, to pewnie tylko tak jednorazowo, ale tak czy siak, podobało się Wam? :)



